Nie ma jednej historii o otyłości.
Może rozpoznasz w którejś historii kawałek siebie. Dla jednej osoby zmianą są wyniki, dla innej sen, ruch bez bólu albo odzyskanie samodzielności.
Historie zaczynają się różnie: od bólu, wyniku badania, zdania lekarza albo chwili, której nie da się już odkładać. Zebraliśmy sześć doświadczeń.
Inny wiek, inne doświadczenia i cele - wspólny jest moment, w którym otyłość przestaje być tylko sprawą wyglądu, a zaczyna być traktowana jak zdrowie.
Historie są prawdziwe. Imiona i niektóre szczegóły zmieniliśmy, żeby chronić prywatność bohaterów. Zdjęcia są poglądowe i nie przedstawiają osób, których dotyczą historie. Materiał edukacyjny: nie odnosi się do konkretnej terapii i nie zastępuje porady lekarskiej.

Zosia ma 19 lat i dopiero zaczęła studia. Komentarze o ciele zna dłużej niż indeks. W szkole najgorsza była przebieralnia: porównania, żarty, spojrzenia. „Zażartuję pierwsza, to mniej zaboli”, tak się nauczyła. Działało na chwilę. Potem zostawała z tym sama.
Przed maturą próbowała schudnąć szybko. Kilka dni restrykcji, wieczorne objadanie, wstyd, jeszcze ostrzejszy plan. „Od jutra naprawdę. Tym razem się uda.” Waga spadała i wracała, a Zosia brała to za dowód: „Problem jest ze mną.” Nie wiedziała jeszcze, że otyłość jest chorobą przewlekłą, a na masę ciała wpływają m.in. genetyka, sen, stres, hormony, leki i środowisko.
Zmieniła to zwykła rzecz. Lekarka najpierw zapytała, czy Zosia w ogóle chce rozmawiać o masie ciała. „Można było powiedzieć nie? Nie wiedziałam.” Potem były badania i pytania o objadanie, miesiączki, sen i samopoczucie. Plan nie zaczynał się od zakazów: psychodietetyk, ruch wybrany przez Zosię i cele szersze niż kilogramy.
Dziś Zosia nadal nie lubi ważenia i nie każdy tydzień jest dobry. „Gorszy tydzień nie oznacza, że zaczynam od zera.” Chodzi na basen, je regularniej, umie powiedzieć bliskim, że komentarze o wyglądzie jej nie pomagają. Rzadziej zasypia na wykładach, ma mniej zadyszki i nie odwołuje już spotkań z powodu ubrania.

Michał ma 29 lat i pracuje w IT. „Po projekcie”: tak przez długi czas brzmiała jego odpowiedź na każde pytanie o zdrowie. Piłkę wyparły nadgodziny, posiłki przesunęły się na późny wieczór, sen skurczył się do pięciu–sześciu godzin. Masa rosła. „Jak w pracy zrobi się luźniej, to się tym zajmę.” Nie zrobiło się.
Testował aplikacje, posty i ambitne plany treningowe. Startował mocno, po kilku tygodniach odpadał. Do lekarza nie szedł. „Po co? I tak usłyszę: mniej jeść, więcej się ruszać.” Dopiero badania okresowe pokazały nadciśnienie i podwyższony cholesterol, a chrapanie i senność w dzień trzeba było sprawdzić pod kątem bezdechu sennego.
Plan był zaskakująco mało spektakularny: badanie snu, regularniejsze posiłki, krótkie spacery między spotkaniami. O dalszych możliwościach leczenia rozmawiali dopiero po pełnej ocenie. „Pierwszy raz dostałem plan, który mieści się w moim prawdziwym dniu.”
Kilka miesięcy później nie mówi, że „wygrał”. Lepiej śpi, wrócił do piłki, pilnuje ciśnienia i wpisuje wizyty do kalendarza tak jak spotkania w pracy. Gorszy tydzień nie uruchamia już nowego programu od poniedziałku. Michał po prostu wraca do podstaw. Kończy też pracę wcześniej.

Ania ma 37 lat i dwoje dzieci. Po drugiej ciąży nic nie wróciło do dawnego rytmu: mniej snu, więcej obowiązków, praca z domu, ciągłe zmęczenie. „Muszę wrócić do dawnej siebie.” Gotowała osobno dla siebie i ćwiczyła późnym wieczorem, kiedy wszyscy już spali. Kiedy plan się sypał, zostawało poczucie winy. Bolały kolana, na trzecie piętro wchodziła z zadyszką. Coraz częściej to ona trzymała aparat. „Zrobię wam zdjęcie, ja nie muszę być.”
Przełom nie był wielki. Za wysoki cukier wyszedł przy wizycie u ginekologa i skierował Anię do dalszej oceny. „Byłam pewna, że usłyszę: proszę schudnąć.” Tymczasem lekarka najpierw zapytała, czy może porozmawiać o masie ciała. Cele nazwały inaczej: lepszy cukier, mniej bólu, więcej siły, zatrzymanie dalszego wzrostu masy. Leczenie objęło jedzenie, ruch dostosowany do kolan, sen i regularne kontrole.
Ania nie wróciła „do dawnej siebie”. „Może nie muszę. Chcę dobrze się czuć teraz.” Je razem z rodziną, dwa razy w tygodniu ćwiczy z fizjoterapeutą i częściej jest na zdjęciach z dziećmi. Nauczyła się prosić partnera o konkretną pomoc, bo leczenie nie może mieścić się tylko w resztkach czasu. Kiedy masa stoi, wraca do planu, a nie do wyrzutów.
Może rozpoznasz w którejś historii kawałek siebie. Dla jednej osoby zmianą są wyniki, dla innej sen, ruch bez bólu albo odzyskanie samodzielności.

Radek ma 46 lat i własną firmę. „Pracuję, utrzymuję rodzinę, normalnie funkcjonuję. Jaki problem?” Badania odkładał, chrapanie i zadyszkę tłumaczył budową domu. Dopiero silny ból głowy i wizyta u neurologa przyniosły konkret: bardzo wysokie ciśnienie, a potem rozpoznanie nadciśnienia, stan przedcukrzycowy i stłuszczenie wątroby. Był zły. „Nie palę, prawie nie piję. To niesprawiedliwe.” Spodziewał się reprymendy, a usłyszał o diagnozie i leczeniu choroby.
Chciał po swojemu. „Mocny plan, dwadzieścia kilo mniej, szybko.” Zespół ustawił kolejność inaczej: najpierw bezpieczne leczenie ciśnienia, ocena serca, sen i to, czego Radek już próbował. Dopiero potem wybór dalszego leczenia. Cel przestał być jedną liczbą.
Radek nadal dużo pracuje, ale zdrowie ma wreszcie miejsce w kalendarzu. Mierzy ciśnienie, planuje posiłki przed długimi dniami, chodzi podczas rozmów telefonicznych. Wyniki i energia są lepsze, ubyło też części masy ciała. „Nie zawsze mi wychodzi. Ale jedno potknięcie nie kasuje całego planu.”

Ewa ma 58 lat i całe życie była w ruchu: góry, rower, ogród. Po menopauzie masa ciała zaczęła rosnąć, a kolana coraz mocniej ją ograniczały. Słyszała, że powinna więcej się ruszać i najpierw schudnąć. „Jak mam się ruszać, skoro każdy spacer boli?” Ta sprzeczność frustrowała ją bardziej niż sama liczba na wadze.
Mniej ruchu dawało gorszą kondycję, a gorsza kondycja jeszcze mniej ruchu. Przestała jeździć z przyjaciółmi na wycieczki. Unikała też konsultacji, bo rozmowa o bólu szybko zamieniała się w komentarz o wadze. „Przyjdę z kolanem, a wyjdę z uwagą o kilogramach.”
Lekarz rodzinny zajął się obiema sprawami równolegle. Dołączyli fizjoterapeuta i dietetyk. Zamiast „10 tysięcy kroków” były ćwiczenia odciążające, krótki rower stacjonarny i praca nad siłą. Jedzenie miało pasować do wspólnych posiłków z mężem. Po ocenie medycznej omówili też możliwości leczenia otyłości i realistyczne oczekiwania.
Postęp nie był równy. Zdarzały się tygodnie z większym bólem, ale nie kasowały już całego leczenia. Po roku Ewa pojechała z przyjaciółmi w góry. Wybrała krótszą trasę i robiła przerwy. „Krótsza trasa, przerwy, ale znowu jestem w górach z przyjaciółmi.”

Alek ma 73 lata, jest emerytowanym przedsiębiorcą i leczy cukrzycę typu 2, nadciśnienie oraz chorobę zwyrodnieniową biodra. Otyłość towarzyszy mu od lat. Diet próbował wiele, zwykle przed wakacjami albo uroczystością. Chudł, a potem wszystko wracało. W końcu uznał: „W moim wieku kolejny start nie ma sensu.”
Zmieniła to wnuczka. Alek nie myślał o rozmiarze ubrania. „Chcę usiąść z nią na podłodze i wstać bez pomocy.” Coraz trudniej podnosił się z niskiego fotela, kilkaset metrów marszu wymagało przerwy. Na konsultację poszedł za namową córki, z jednym warunkiem: „Plan ma być dla mnie, a nie dla trzydziestolatka z siłowni.”
Lekarka potraktowała to poważnie. Najważniejsze były mięśnie, sprawność, dobre odżywienie i samodzielność, a przy tym lepsza kontrola chorób przewlekłych. Zespół przejrzał leki, wyniki i jedzenie. Fizjoterapeuta dodał bezpieczne ćwiczenia siłowe, wstawanie i równowagę, a dietetyczka zadbała o białko i regularne posiłki.
Po kilku miesiącach Alek nadal nie wygląda jak bohater reklamy „przed i po”. Łatwiej wchodzi po schodach, rzadziej potrzebuje pomocy przy zakupach i ma lepsze wyniki cukrzycy. Gorszy dzień z biodrem nie kończy już terapii. A najważniejsze: podnosi wnuczkę z podłogi i sam wstaje.